Odeszła w ciszy, zostawiając po sobie śmiech i światło

Odeszła w ciszy, zostawiając po sobie śmiech i światło

Była kobietą, która potrafiła rozproszyć najciemniejszą chmurę żartu, rozbawić do łez i jednocześnie zatrzymać serce słuchacza czułością swojego głosu. Joanna Kołaczkowska – artystka wielkiego serca i niepodrabialnej charyzmy – odeszła w nocy z 16 na 17 lipca, przegrywając trudną walkę z chorobą. Miała 59 lat.

zdjęcia: Joanna Kołaczkowska/ YouTube-WP.PL

Choć przez ostatnie miesiące zmagała się z nowotworem, wielu do końca wierzyło, że uda się jej wrócić. Jej obecność była światłem – dla sceny, dla kabaretu Hrabi, dla tysięcy wiernych widzów. Jej śmiech, charakterystyczny głos i spojrzenie pełne zrozumienia potrafiły być balsamem dla duszy. W pierwszych dniach lipca jej bliscy zaapelowali o modlitwę i dobre myśli. Niestety – czas, jakby nie miał litości.

Wieść o śmierci Joanny poruszyła tysiące serc. Media społecznościowe zalały wspomnienia, zdjęcia, fragmenty występów – wszystko to, co przez lata tworzyła z pasją. „Zgasło Słońce” – napisał jeden z jej przyjaciół. Inni dziękowali za obecność, za słowa, za śmiech, który często był lekarstwem.

28 lipca bliscy, przyjaciele, artyści i publiczność, która przez lata wzrastała z jej twórczością, pożegnali Joannę Kołaczkowską na warszawskich Powązkach. Uroczystości rozpoczęły się mszą żałobną w kościele św. Karola Boromeusza, by potem – już w bardziej intymnym nastroju – zakończyć się świeckim pożegnaniem.

Spoczęła w kwaterze F V, tuż obok innego giganta polskiego humoru – Stanisława Tyma. Jakby los chciał, by ci, którzy uczyli nas śmiać się z godnością, mieli teraz siebie nawzajem po drugiej stronie.

Joanna Kołaczkowska nie była tylko artystką. Była obecnością. Była ciepłem, które zostaje. I zostanie – w każdym, kto choć raz słyszał jej głos, śmiał się z jej żartu czy milczał z zadumą po puencie, która trafiała prosto w serce.

Komentarze